„Trzynastka” – tragiczna liczba

Wojciech Łukaszewski

 

„Trzynastka” – tragiczna liczba

Po przejściu Armii Czerwonej przez tereny Mazowsza Północnego, w wyniku masowych aresztowań żołnierzy Armii Krajowej i wywożeniu ich do obozów pracy do Związku Sowieckiego, byli konspiratorzy zaczęli tworzyć tzw. Samoobronę Społeczną. W jej skład wchodzili byli żołnierze Armii Krajowej, a trudu jej organizacji w regionie podjął się Stanisław Rożek „Zych”, „Rożek”. W strukturze organizacyjnej Samoobrony Społecznej, występującej od września 1945 r. pod nazwą Ruch Oporu Armii Krajowej, znalazły się powiaty: przasnyski noszący kryptonim „Las”, makowski, noszący kryptonim „Zoo” oraz pułtuski, kryptonim „Maciejka”.

foto-1
Stanisław Rożek „Zych”, „Rożek” (zdjęcie z lat sześćdziesiątych XX. stulecia)

Działalność grupy była odpowiedzią na liczne bestialstwa czerwonoarmistów i funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w stosunku do byłych żołnierzy AK, a także rabunkową politykę w stosunku do społeczeństwa polskiego.

***

Jedną z poakowskich grup ochronnych dowodził Kazimierz Artyfikiewicz „Trzynastka” z miejscowości Krasiniec. Znajdowała się ona na terenie placówki gminy Krasne w powiecie

foto-2
Kazimierz Artyfikiewicz „Trzynastka”

ciechanowskim i nosiła kryptonim „Szkółka”. Pomimo że nominalnie stałą bazą grupy była gmina Krasne, to terenem jej działania były powiaty: Przasnysz, Ciechanów i Maków Mazowiecki. W skład grupy wchodziło około dwudziestu osób, m.in.: Franciszek Adamkiewicz „Piorun”, Tadeusz Chodkowski „Kartacz” z Wielodroża, Bogdan Kossak „Ford”, Czesław Bojarski, Józef Brzeziński, Eugeniusz Nałęcz „Jastrząb” z Wielodroża, Wacław Wójcik, Stefan Guzin, Stefan Furman, Marian Furman „Czapka”, Bogdan Szlaski, Jan Tadeusiak, Tadeusz Kołodziejski „Granit”, Władysław Kołodziejski „Ordon”, Stefan Kossak „Sokół”, Kazimierz Marcinkowski „Cichy”, Tadeusz Niski „Kruk”, Władysław Szymczak „Słowik”, „Wilk”. Ponadto grupa „Trzynastki” pozyskała do współpracy funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej z Krasnego, Aleksandra Szarlaka, który przekazywał grupie bieżące informacje dotyczące ruchów komunistów w stosunku do żołnierzy podziemia.

Franciszek Adamkiewicz pseudonim "Piorun"
Franciszek Adamkiewicz pseudonim „Piorun”

W nocy z 10 na 11 lipca 1945 r. grupa „Trzynastki” rozbroiła posterunek MO w Krasnem. Zginął wtedy milicjant Józef Cichocki i funkcjonariusz UB Sękowski.

W lipcu 1945 r. bojówka Samoobrony Społecznej podlegająca organizacyjnie Stanisławowi Rożkowi „Zychowi” i bezpośrednio Ryszardowi Żbikowskiemu „Skibie”, „Kalinie”, otrzymała zadanie zniszczenia dokumentów poboru do wojska oraz dokumentów kontyngentowych mieszczących się w Urzędzie Gminy w Karwaczu. W dniu 14 lipca około godz. 23:00 grupa udała się do Urzędu Gminy w Karwaczu, gdzie zaczęła palić dokumenty urzędowe: nakazy obowiązkowych dostaw, kary za niewywiązanie się z obowiązku dostaw i powołania do wojska. Partyzanci chcieli również sprawdzić mieszkanie sekretarza gminy Wiktora Kuklińskiego, aby zapewne wymierzyć mu karę, lecz nie zastano go.

Tadeusz Chodkowski „Kartacz”
Tadeusz Chodkowski „Kartacz”

Po udanej akcji grupa „Trzynastki” udała się na odpoczynek do miejscowości Lipa, do gospodarstwa Józefa Krawczyka. PUBP w Przasnyszu natychmiast rozpoczął dochodzenie. Jeden z okolicznych konfidentów, Ignacy Stepnowski z miejscowości Wyrąb Karwacki, doniósł do przasnyskiego UB i wskazał miejsce przebywania partyzantów. Stepnowski zemścił się w ten sposób za wykonaną na nim karę chłosty. Grupa funkcjonariuszy UB wraz z żołnierzami sowieckimi upozorowała grupę partyzancką. Jeden z ubowców w niedzielny poranek wszedł na posesję rodziny Krawczyków i prowokacyjnie powiedział do żołnierzy „Trzynastki”, że jest żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych. W odpowiedzi usłyszał, że kwaterujący partyzanci są z AK. Żona Józefa Krawczyka upominała kwaterujących żołnierzy, że w pobliżu znajdują się funkcjonariusze resortu bezpieczeństwa, jednak partyzanci zignorowali ostrzeżenie mówiąc, „że resortu i milicji nie boimy się”. W niedzielę 15 lipca

Zdjęcie współczesne miejsca (2014 r.), gdzie zginęli żołnierze "Trzynastki". Uciekali w kierunku lasu, który znajduje się na lekkim wzniesieniu, dlatego byli bardzo widoczni i strzelano do nich jak do kaczek (fot. Maria Weronika Kmoch).
Zdjęcie współczesne miejsca (2014 r.), gdzie zginęli żołnierze „Trzynastki”. Uciekali w kierunku lasu, który znajduje się na lekkim wzniesieniu, dlatego byli bardzo widoczni i strzelano do nich jak do kaczek (fot. Maria Weronika Kmoch).

 

1945 r. śpiących w stodole w Lipie zaskoczyły oddziały wojska i UB. Według ustaleń informatorów ROAK w zasadzce brało udział dwunastu funkcjonariuszy PUBP z Przasnysza, czterech żołnierzy sowieckich oraz trzech funkcjonariuszy MO, a następnie dotarł jeszcze samochód z żołnierzami sowieckimi, którzy zajęli pozycje strzelnicze na dachach pobliskich budynków.

foto-5
Bogdan Kossak „Ford”

Po krótkiej walce żołnierze „Trzynastki” zostali zamordowani. Funkcjonariusz resortu bezpieczeństwa z Przasnysza Bronisław Andrzejewski sprawdzał czy na pewno nie żyją, kalecząc ich ciała bagnetem. O jego bestialstwie świadczy fakt, że jeden z partyzantów miał dziurę w głowie od ostrego bagnetu. Poległym zabrano ubrania, zegarki i obuwie. Zginęli wtedy następujący żołnierze: Kazimierz Artyfikiewicz „Trzynastka”, Franciszek Adamkiewicz „Piorun”, Tadeusz Chodkowski „Kartacz”, Bogdan Kossak „Ford”, Czesław Bojarski, Józef Brzeziński, Eugeniusz Nałęcz „Jastrząb”.

Zamordowanych partyzantów przywieziono przed posterunek Milicji Obywatelskiej w Jednorożcu. Chłopską furmankę eskortowało około siedmiu żołnierzy sowieckich noszących okrągłe czapki i bluzy wypuszczane na spodnie. Jeden z partyzantów jeszcze żył, siedział przed drzwiami posterunku MO. Był to ranny Stefan Budziszewski „Motyl” który został

foto-5-a
Stefan Budziszewski

odtransportowany na posterunek MO do Jednorożca, gdzie zamknięto go w areszcie. Jak wspominał Stefan Wilga, były funkcjonariusz MO z Jednorożca, Budziszewski na zadawane pytania nie odpowiadał, tłumacząc to zachowaniem tajemnicy organizacyjnej. Po krótkim pobycie w areszcie został zawieziony do szpitala w Przasnyszu, gdzie zmarł. Pozostali akowcy byli ułożeni jeden na drugim na furmance.

foto-6
Czesław Bojarski

W tym czasie w remizie strażackiej w Jednorożcu odbywała się zabawa taneczna. Dano znak orkiestrze, by przestała grać. Wtedy to wszyscy wybiegli na tzw. rogatki. Mimo nawoływań wojska do powrotu do remizy, wszyscy stali. Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego wydali polecenie, aby orkiestra dalej grała. Ciała partyzantów zawieziono na pobliski cmentarz. Wielu świadków tamtego wydarzenia wspomina przekrwawione ubrania, zwisające bezwładnie ręce, nogi, zakrwawione głowy, a nad wozem krążący rój zielonych i niebieskich much. Ubowcom zależało na szybkim pochówku zamordowanych, poganiali

Józef Brzeziński
Józef Brzeziński

woźnicę. Od strony wsi wjechano furmanką na cmentarz, gdzie jedna osoba kopała już dół. Zwłoki zabierano z wozu składając je twarzami do góry. Mieszkanka Jednorożca, Anna Łukasiak, naoczny świadek tego wydarzenia, wspominała:

„Pamiętam, że jeden był blondynem, młodym mężczyzną; był w koszuli, boso; miał okropnie wyszarpany mięsień przedramienia. Na pewno nie ta rana była śmiertelna, ale to zapamiętałam. Jego położono pierwszego od mojej lewej strony. Zrobiło mi się słabo, ale stałam. Kobiety zaczęły zawodzić, żołnierze krzyczeć coś i ponaglać. Z tłumu jakaś kobieta zawołała, żeby chociaż chusteczkami nakryć twarze zamordowanych. Nikt się nie ruszył, bo żołnierze coraz groźniej krzyczeli i odpędzali ludzi. W dole było już pięciu mężczyzn. Stałam nad samą krawędzią dołu. Miałam piękną, ulubioną chusteczkę. Chwilę się zawahałam i rzuciłam do dołu. Mężczyzna stojący w dole nakrył nią twarz tego pierwszego. Dziwnym zrządzeniem żołnierze mnie nie odganiali. Wtedy z tyłu zaczęto podawać mi chusteczki, a ja rzucałam je do dołu. Nakryto w ten sposób twarze wszystkich siedmiu mężczyzn złożonych w grobie. Podczas składania zwłok do grobu mówiłam szybko po cichu «Zdrowaśkę» za każdego mężczyznę. Jakaś kobieta zaczęła głośno «Wieczny odpoczynek…». Ludzie podchwycili w tym czasie jak zasypywano ciała. Potem ludzie rozganiani przez żołnierzy zaczęli się rozchodzić. Ktoś chciał postawić jakiś naprędce zdobyty krzyż w głowach, ale żołnierze obcesowo wyganiali nas z cmentarza. Mnie wziął za rękę brat i szybko odciągnął od grobu. Ludzie rozchodzili się do domów. Wtedy żołnierze krzycząc i najeżdżając końmi zmuszali ludzi do pójścia do remizy i do dalszej zabawy. Nawet parę osób dostało nahajkami po grzbietach. Jednak zabawy nie podjęto. Groza ogarnęła wieś. Dowiedzieliśmy się, że ci nieszczęśnicy to akowcy, że ukryli się w stodole we wsi Lipa na odpoczynek. Ktoś musiał ich zdradzić. Żołnierze zaskoczyli ich śpiących. Ratowali się ucieczką w stronę lasu. Zginęli wszyscy, rozstrzelani jak przestępcy, bez pardonu. Chyba za dwa dni po pogrzebie po wsi rozeszła się wieść, że na cmentarz zajechał samochód od strony Przasnysza, że odkopują grób, że wyjmują zwłoki, układając na trawie opierając głowy na kamieniu, że obmywają twarze wodą i fotografują. Gdy tylko ruch na cmentarzu ustał i samochód odjechał pobiegłam z bratem na cmentarz. Zobaczyłam świeżo zasypany grób, a opodal na trawie mokry jeszcze kamień i wokół niego mokrą, rudą, ugniecioną trawę, jakby po niej ciągnięto coś ciężkiego…”.

foto-8foto-8-a

Eugeniusz Nałęcz „Jastrząb”

 

Pod koniec października 1945 r., przed świętem Wszystkich Świętych, byli żołnierze AK z terenu gminy Jednorożec postanowili wyprawić godny pochówek swoim zamordowanym kolegom. Stanisław Grabowski i Bronisław Lipka z miejscowości Połoń udali się do Aleksandra Maćkowskiego „Jowisz” do Ulatowa-Pogorzeli, aby zrobić w tajemnicy siedem trumien. Do grupy dołączył jeszcze Franciszek Obrębski z miejscowości Małowidz, zajmujący się stolarstwem. Aleksander Maćkowski zaprowadził całą grupę do swojego sąsiada o nazwisku Czaplicki. Deski na trumny zostały dostarczone przez Józefa Jankowskiego, przedwojennego wójta Jednorożca, podczas okupacji niemieckiej komendanta Ośrodka Jednorożec Nr 3 noszącego pseudonim „Liwiec”, od 1942 r. w Armii Krajowej, używał pseudonimów: „Młot” i „Jagoda”. Był komendantem placówki AK w Jednorożcu „P-2 – Wrzos”. Po zakończeniu wojny Józef Jankowski zmienił swój pseudonim na „Pogoda” i został dowódcą Ośrodka II Ruchu Oporu Armii Krajowej, który swym zasięgiem obejmował gminy: Jednorożec, Chorzele, Zaręby i Baranowo.

W październikowy wieczór 1945 r. byli żołnierze Armii Krajowej z miejscowości: Połoń, Małowidz, Olszewka, Budy Rządowe orz Jednorożec, w liczbie 80 mężczyzn, stawili się w Ulatowie-Pogorzeli, niektórzy nawet z bronią w ręku. Trumny dla pochowanych na jednorożeckim cmentarzu kolegów były wiezione przez Czaplickiego na furmance, natomiast byli akowcy szli szosą z Ulatowa-Pogorzeli do Jednorożca. Przechodząc obok gminnego posterunku Milicji Obywatelskiej oddali nawet w górę kilka strzałów. Po dotarciu na cmentarz grupa piętnastu mężczyzn zaczęła rozkopywać grób, natomiast pozostali stanęli na swoich posterunkach w rogach cmentarza, podejmując cały czas obserwację terenu. Wykopane, lekko rozkładające się już ciała, oświetlono elektryczną lampą i po oczyszczeniu twarzy z ziemi wkładano zamordowanych żołnierzy do przygotowanych trumien. Po usypaniu mogiły, wetknięciu krzyża i zawieszeniu wieńca nad każdą trumną, ułożono z białych cegieł krzyż. Następnie po krótkiej przemowie Józefa Jankowskiego nad grobami dawnych towarzyszy broni byli akowcy rozeszli się do swoich domów.

Józef Jankowski „Liwiec”, „Młot”, „Jagoda”, „Pogoda” (zdjęcie z lat pięćdziesiątych XX. stulecia)
Józef Jankowski „Liwiec”, „Młot”, „Jagoda”, „Pogoda” (zdjęcie z lat pięćdziesiątych XX. stulecia)

Nazajutrz miejscowe władze widząc, że grób partyzantów jest przystrojony, nakazały ówczesnemu przewodniczącemu Gminnej Rady Narodowej w Jednorożcu Edwardowi Przybyłkowi z Jednorożca usunięcie kwiatów. Jednak ten nie zgodził się na to i odświętnie udekorowany grób pozostał. W 1949 r. w wyniku niezachowania ostrożności przez Aleksandra Maćkowskiego sprawa wyszła na jaw i kilku uczestników konspiracyjnego pochówku zostało aresztowanych i przetrzymywanych w przasnyskich koszarach wojskowych, gdzie byli przesłuchiwani i torturowani.

***

Likwidacja oddziału Kazimierza Artyfikiewicza nie zakończyła konspiracji na tym terenie. Jak wspomniano wcześniej, dowódcą Ośrodka II ROAK, obejmującego swym zasięgiem gminy Jednorożec, Chorzele, Zaręby i Baranowo był przedwojenny wójt z Jednorożca Józef Jankowski Pogoda”. W gminie Jednorożec funkcję komendanta placówki sprawował Marceli Kobyliński „Orlicz” z Ulatowa-Pogorzeli, natomiast dowódcą grupy w Małowidzu był Wincenty Gołębiowski „Dąb”. Komendantem placówki Zaręby był Wawrzyniec Grabowski „Sakłak”, placówki Baranowo jej były wójt Józef Mydło „Pajączek”, natomiast komendantem placówki Chorzele Henryk Smoliński.

 

Zdjęcia – archiwum Wojciecha Łukaszewskiego

 

 

Artykuł z pierwszego numeru kwartalnika „Wyklęci”, dostępny w sprzedaży: http://sklep.miles.iq.pl/produkt/kwartalnik-wykleci-2/

 

 

 

 

Wileńskie tropy na Kurpiowszczyźnie

Jacek Karczewski

 

Wileńskie tropy na Kurpiowszczyźnie

„Na początku maja 1944 r. przybiegł do mnie Władysław Wielochowski i mocno podekscytowany wyrecytował: panie Kaziu, w lesie koło Jazgarki jest duży oddział polski, są bardzo dobrze uzbrojeni, mają 2 wozy broni i amunicji różnego rodzaju. Ich dowódcą jest sierżant i mówią że są z Wileńskiej Armii Krajowej. Chcą nawiązać kontakt z polskim oddziałem partyzanckim”.

Tak wspominał por. Kazimierz Stefanowicz „As”, dowódca IV rejonu „Myszyniec” ostrołęckiego obwodu AK kryptonim „Sęp” przybycie na teren Kurpiowszczyzny oddziału z Wileńszczyzny Oddział niewątpliwie musiał zrobić duże wrażenie na kurpiowskich partyzantach. Świetnie umundurowany, bardzo dobrze uzbrojony i gotowy podzielić się swoimi zapasami broni i amunicji oraz prowadzeniem dalszej walki pod rozkazami miejscowych dowódców AK. Wileńskim oddziałem dowodził Józef Kozłowski, jak się z czasem okazało, jedna z największych postaci podziemia antykomunistycznego na terenie powiatu ostrołęckiego i Mazowsza północnego.

Według relacji por. „Asa” oddział liczył sześćdziesięciu ludzi. Jednak z całą pewnością części żołnierzy towarzyszyły rodziny i należy przyjąć, że grupę zbrojną stanowiło około czterdziestu osób. Z czasem niektórzy członkowie rodzin i osoby towarzyszące również znalazły się w podziemiu pełniąc różne pomniejsze funkcje w służbach pomocniczych. Oddział ten, jak zresztą i wiele innych podobnych formacji zwłaszcza na Kresach II Rzeczypospolitej, został utworzony przez Niemców w ramach powstających białoruskich formacji policyjnych. Niemcy tworzyli na Kresach takie formacje porządkowe między innymi do walki z sowiecką partyzantką. Józef Kozłowski, jak i wielu z pozostałych członków formacji narodowości polskiej, miał w drugiej połowie 1943 r. otrzymać polecenie, aby wstąpić do organizowanej przez Niemców formacji policyjnej. Oddział ten, stacjonujący w Starej Wilejce, w przytłaczającej większości składał się z Polaków, dlatego szybko zyskał miano „Legionu Polskiego”. Miał chronić ludność przed bandytyzmem, zwłaszcza sowieckiej partyzantki, mieć możliwość kontrolowania działań formacji, gromadzić broń, a w stosownej chwili porzucić niemiecką służbę i wesprzeć polską partyzantkę. Niestety postępująca w szybkim tempie ofensywa sowiecka w pierwszej połowie 1944r. i w związku z tym pośpieszna ewakuacja m.in. „Legionu Polskiego” musiała spowodować zerwanie łączności z wileńskimi strukturami Armii Krajowej. I dopiero gdy przybyli w okolice miejscowości Surowe, powiat ostrołęcki, udało się zlikwidować niemiecką kadrę dowódczą i nawiązać kontakt z dowództwem Armii Krajowej.

Niemal natychmiast włączył się w walkę Niemcami w ramach trwającej właśnie akcji „Burza”, zakończonej na tym terenie jesienią 1944 r., gdy na okres kilku miesięcy zatrzymał się front, a obecność licznych niemieckich jednostek frontowych nie pozwalała na prowadzenie walki zbrojnej. Oddział Józefa Kozłowskiego został rozlokowany u miejscowych gospodarzy, w większości na terenie gminy Czarnia. Nie posiadamy informacji o ewentualnych stratach oddziału w tym czasie. Według wspomnień Zbigniewa Kuleszy „Młota” w walce z Niemcami miał zginąć por. Biegański, lecz brak jest informacji o okoliczności śmierci.

Po przejściu frontu w styczniu 1945 r. i rozwiązaniu AK, konspiracja była kontynuowana w ramach Armii Krajowej Obywatelskiej. Wspólnie z dowódcą placówki AKO na terenie gminy Czarnia Walentym Deptułą „Tybinką” przeprowadzali akcje bojowe przeciw Sowietom i współpracownikom nowej władzy. Zagarniali inwentarz pędzony przez Rosjan na Wschód. Likwidowali donosicieli i członków PPR. Działalność ta nie była ograniczona terenem tylko powiatu ostrołęckiego, ale również prowadzona była w powiatach przylegających, jak choćby w powiecie przasnyskim czy też w powiecie Szczytno.

Pod koniec 1945 r. w konspiracji poakowskiej zaczynało dominować przekonanie o konieczności ograniczania walki zbrojnej, czego Józef Kozłowski i część jego podkomendnych nie mogli zaakceptować. Doskonale też zdawali sobie sprawę, jaki spotka ich los, gdy wpadną w szpony NKWD. W tej sytuacji kontakt z Józefem Kozłowskim nawiązał Zbigniew Kulesza „Młot”, tworzący struktury Narodowego Zjednoczenia Wojskowego na terenie powiatu ostrołęckiego z aspiracjami na prowadzenie działalności również w sąsiednich powiatach, w których podziemie zostało rozbite przez siły komunistyczne i sowieckie. Perspektywa możliwości prowadzenia dalszej walki spowodowała, iż Józef Kozłowski „Las” przeszedł do NZW zostając wkrótce szefem Pogotowia Akcji Specjalnej XVI Okręgu NZW kryptonim „Mazowsze”. W chwili przejścia oddział liczył już prawdopodobnie nie więcej niż dwadzieścia kilka osób. Niektórzy z nich mając możliwość wyboru najprawdopodobniej próbowali osiedlić się gdzieś na ziemiach odzyskanych lub wyjechać zagranicę.

Powstała struktura NZW w powiecie Ostrołęka zaczęła działać niezwykle sprawnie organizacyjnie i intensywnie w walce z aparatem represji. Bardzo szybko w znaczny sposób przyczyniła się do odrodzenia konspiracji ruchu narodowego na terenie północnego Mazowsza, a Okręg XVI NZW obejmował swym zasięgiem powiaty: Ostrołęka, Przasnysz, Ciechanów, Maków Mazowiecki, Pisz, Białą Piską oraz część powiatów: Pułtusk, Kolno i Szczytno.

Wysokie morale, niezłomna postawa oraz sprawna działalność „Lasa” przyczyniła się do niezwykle wysokiej oceny wystawionej mu przez podkomendnych, dostrzegli w nim świetnego organizatora, obdarzonego autorytetem i poczuciem odpowiedzialności, czemu dali wyraz po ujawnieniu się wiosną 1947 r. Zbigniewa Kuleszy „Młota”. Józef Kozłowski „Las” w wyniku przeprowadzonego głosowania przez kadrę dowódczą Okręgu został wybrany nowym Komendantem Okręgu XVI NZW zmieniając kryptonim Okręgu na „Orzeł” i przyjmując pseudonim „Vis”. Nie bez znaczenia musiał być fakt, że podwładni widzieli w nim dowódcę, który nigdy ich nie opuści.

Po przejęciu Komendy „Las” utworzył stały sztab działający przy Komendzie Okręgu, zreorganizował strukturę terenową i podział na patrole bojowe, przywrócił dyscyplinę i dbałość o morale swoich partyzantów. Przez okres swojej działalności do 25 czerwca 1948 r. przeprowadzono blisko 200 akcji bojowych! Tworzył struktury cywilne, które przejęłyby kontrolę nad administracją w chwili obalenia władzy komunistycznej i w kilku gminach udało się je stworzyć. Przeprowadzał, co było ewenementem w podziemiu antykomunistycznym, ćwiczenia na wypadek próby zorganizowania masowych deportacji ludności polskiej przez NKWD. Polegało to m.in. na niszczeniu szyn, słupów telegraficznych, mostów oraz przejmowaniu pociągów.

Po objęciu dowództwa Okręgu przez Józefa Kozłowskiego „Lasa” Okręg dzielił się na siedem Komend Powiatowych. Obszar powiatu ostrołęckiego podzielony był pomiędzy komendy: „Płomień I ”, „Łużyce”, „Orłowo” i „Szczerbin”.

– „Płomień I” – kom. Henryk Pyśk „Dąb ”, działał na terenie powiatu przasnyskiego,

– „Płomień II” – kom. Edward Dobrzyński „Orzyc ”, teren powiatu przasnyskiego,

– „Ciężki” – kom. Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój”, teren powiatu ciechanowskiego oraz części mławskiego i płońskiego,

– „Łużyca” – kom. Hieronim Rogiński „Róg” oraz Bronisław Chrzanowski „Orzeł”, na terenie części powiatów łomżyńskiego, ostrołęckiego i piskiego,

– „Mściciel” – kom. Witold Borucki „Dąb”, na terenie powiatu makowskiego,

– „Orłowo” – kom. Piotr Macuk „Sęp”, następnie Wacław Mówiński „Szczygieł”, na terenie powiatu ostrołęckiego,

– „Szczerbin” – kom. Henryk Skonieczny „Roman”, następnie Kazimierz Niewiadomski „Wicher” na terenie na terenie powiatów ostrołęckiego oraz szczytnowskiego.

Powołana została jeszcze jedna odrębna Komenda Powiatu „Wilno”, której teren stanowiła baza komendy XVI Okręgu NZW.

***

W tych kilku zdaniach nie da się oczywiście przedstawić pełnego obrazu działalności Wilniuków na Kurpiowszczyźnie i samego Józefa Kozłowskiego „Lasa”. Stworzył strukturę, która mimo rozbicia sztabu i aresztowania samego „Lasa” 25 czerwca 1948 r. w okolicach wsi Karaska, funkcjonowała jako Okręg do sierpnia 1949 r., a jej poszczególne Komendy Powiatowe do niemalże połowy lat pięćdziesiątych. Odrębną sprawą pozostaje również ustalenie działającej grupy kresowych żołnierzy strukturach WiN. Nie udało się ustalić czy byli to, tak jak w przypadku NN „Leszka”, ludzie którzy dotarli tu z „Lasem” czy też wraz z innymi wycofującymi się grupami. Aczkolwiek nie możemy ich całkowicie pominąć w tych krótkich rozważaniach.

Niestety, ci Wileńscy Żołnierze, którzy podjęli działalność zbrojną przeciw nowemu komunistycznemu porządkowi na terenie powiatu ostrołęckiego, zapłacili za to wysoką cenę. Praktycznie wszyscy polegli w walce, często dobijając się z własnej broni lub też zostali zamordowani z mocy zapadających bezprawnych wyroków śmierci. Udało się ustalić nazwiska niektórych z nich i choć w ten sposób złożyć im należny hołd. Bo miejsc ich wiecznego spoczynku prawdopodobnie w większości przypadków nie odnajdziemy już nigdy.

Borkowski Wiktor „Zając”, ur. w Wilnie w 1923 r., łącznik komendanta XVI Okręgu NZW „Orzeł”. 17 lipca 1947 r. natknął się na grupę operacyjną UB na drodze pomiędzy Charcibałda-Olszyny, pow. Ostrołęka. Ranny w trakcie wymiany ognia, dobił się z własnej broni.

Charecki Marian „Kamień”, ur. 1922 r., żołnierz AK, a następnie NZW, skierowany do KP „Orłowo”. Zginął na kwaterze we wsi Wykrot, pow. Ostrołęka, 22 stycznia 1949 r.

Charecki Józef „Sen” „Kłos”, ur. 1922 r., s. Józefa. W NZW pełnił funkcję zastępcy komendanta KP „Orłowo”. Zamordowany przez swego dowódcę – zdrajcę, agenta UB Wacława Mówińskiego „Szczygła” 22 stycznia 1949 r. koło miejscowości Wykrot, pow. Ostrołęka.

Dłużniewski vel Dłużewski Roman „Borsuk”, pełnił funkcję łącznika pomiędzy dowódcą PAS Józefem Kozłowskim „Lasem” a komendantem Okręgu XVI NZW „Mazowsze” Zbigniewem Kuleszą „Młotem”. Od stycznia 1947 r. w osobistej ochronie „Lasa”. Poległ w walce z KBW na terenie gm. Czarnia, pow. Ostrołęka, w czerwcu 1947 r.

Harenko „Zając”, pełnił funkcję dowódcy drużyny w PAS XVI Okręgu NZW w stopniu kaprala. Ranny podczas starcia z patrolem UB w okolicach wsi Olszyny, pow. Czarnia. Dobił się z własnej broni. W chwili śmierci miał 22 lata.

Józef Kozłowski „Las”, ur. 19 marca 1910 r. w m. Demeń (Łotwa), syn Michała i Teodozji z Jurkiewiczów. W latach 1931-1932 służył w 5. ppleg w Wilnie w stopniu plutonowego. Pracował jako gajowy na Wileńszczyźnie aż do wkroczenia Armii Czerwonej w 1939 r. Zagrożony wywózką, która dotknęła m.in. pracowników leśnych, musiał kilkakrotnie zmieniać pracę i miejsce mieszkania. W okresie okupacji niemieckiej, od listopada 1943, w porozumieniu z władzami podziemnymi służył w kompanii polskiej przy tzw. Legionie Białoruskim, pełnił tu funkcję dowódcy drużyny w stopniu plutonowego. Dokonywał aktów sabotażu, nawiązał kontakt z oddziałami Gracjana Fróga „Szczerbca”. Od 1945 r. w NZW, kolejno jako dowódca drużyny, kompanii i szef PAS w pow. Ostrołęka. Po ujawnieniu się Zbigniewa Kuleszy „Młota” wybrany na komendanta okręgu XVI NZW kryptonim „Orzeł”, nosił pseudonimy „Las” i „Vis”. Otoczony w lesie Karaska koło wsi Gleba, gm. Kadzidło, pow. Ostrołęka, 25 czerwca 1948 r. przez 40 plutonów KBW i UB. Po blisko godzinnej walce, w której poległo kilku żołnierzy oddziału NZW, zostaje ujęty będąc rannym. WSR w Warszawie 29 kwietnia 1949 r. na sesji wyjazdowej w Ostrołęce i rozprawie pokazowej skazał go i trzech jego towarzyszy walki – Czesława Kanię, Piotra Macuka, Bolesława Szyszkę – na karę śmierci. Stracony 12 sierpnia 1949 r. w więzieniu przy Rakowieckiej w Warszawie. Jego szczątki zostały zidentyfikowane przez IPN w czasie prac ekshumacyjnych na „Łączce” na cmentarzu Powązkowskim.

Macuk Piotr „Sęp”, ur. 26 listopada 1909 r. w Petersburgu, syn Jana i Amelii z Buraczewskich. W 1935 służył w 19. pal w Lidzie. Uczestnik kampanii wrześniowej 1939, internowany na Litwie. W okresie okupacji niemieckiej od listopada 1943 r. w porozumieniu z władzami podziemnymi był w kompanii polskiej przy tzw. Legionie Białoruskim jako dowódca drużyny w stopniu kaprala. W NZW był dowódcą drużyny PAS, kierował pododdziałem przy Komendzie Okręgu „Mazowsze”, wreszcie został zastępcą komendanta okręgu kryptonim „Orzeł” w stopniu starszego sierżanta. Ujęty 25 czerwca 1948 r. po blisko godzinnej walce w bunkrze dowództwa NZW w lasach koło Kadzidła, pow. Ostrołęka. WSR w Warszawie na sesji wyjazdowej w Ostrołęce w procesie pokazowym 29 kwietnia 1949 r. skazał go na karę śmierci. Przed sądem twierdził, że po „wyzwoleniu”, gdy wielu partyzantów wywożono do ZSRR, wrócił do lasu, „nie chcąc dzielić ich losu”. Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Stracony 12 sierpnia 1949 r. w więzieniu Warszawa Mokotów.

Mydło Władysław „Bohun”, ur. w 1922 r., s. Józefa W NZW pełnił funkcję pomocnika redaktora przy Komendzie XVI Okręgu NZW. Ranny dobił się z własnej broni w czasie walki z oddziałami KBW i UB we wsi Karaska 25 czerwca 1948 r.

Niewiadomski Aleksander „Sarna”, rocznik 1923. Zastępca komendanta Powiatu „Szczerbin” w stopniu plutonowego. Zamordowany koło wsi Wykrot, pow. Ostrołęka, 22 stycznia 1948 r. przez agentów UB Wacława Mówińskiego „Szczygła” oraz Henryka Skoniecznego „Romana”.

Niewiadomski Kazimierz „Wicher”, żołnierz NZW, pełnił funkcję zastępcy a następnie komendanta KP „Szczerbin XVI Okręgu NZW. Zaginął po przeprowadzonej obławie przez jednostki UB i KBW 28 czerwca 1948 r. w okolicach wsi Bandysie, pow. Ostrołęka.

Obrębski Marian „Kruk”, żołnierz NZW w patrolu Henryka Skoniecznego „Roman” w KP „Szczerbin” Zginął w czasie obławy jednostek UB i KBW 29 marca 1948 r. we wsi Dąbrowy, pow. Ostrołęka.

Perkowski Czesław „Dzik”, członek ochrony sztabu XVI Okręgu NZW „Orzeł”. Prawdopodobnie poległ w lipcu 1947 r.

Perkowski Wacław „Zając”, ur. w 1924 r. w Wilnie. Członek ochrony sztabu XVI Okręgu NZW „Orzeł”. Prawdopodobnie poległ w lipcu 1947 r.

Stolarski Marian „Gołąb”, poległ w potyczce z wojskiem na terenie gm. Czarnia, pow. Ostrołęka, w czerwcu 1948 r.

Szyszko Bolesław „Klon”, ur. 17 listopada 1914 w m. Kołotko, pow. Wilejka, syn Konstantego i Janiny z Zięcinów. W latach 1936-1937 służył w WP w 19. pal w Mołodecznie. Żołnierz NZW w oddziale por. Józefa Kozłowskiego „Lasa”. Od połowy 1945 r. w drużynie PAS jako dowódca pododdziału w okręgu Mazowsze i komendant pow. Przasnysz, a następnie szef sztabu KO Mazowsze Północ, kryptonim „Orzeł”. Miał wówczas pseudonim „Klon” i stopień starszego sierżanta. Ujęty 25 czerwca 1948 r. w lesie Karask. WSR w Warszawie 29 kwietnia 1949 r. na sesji wyjazdowej w Ostrołęce w trakcie rozprawy pokazowej skazał go razem z Czesławem Kanią, Józefem Kozłowskim i Piotrem Macukiem na karę śmierci. Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Stracony 12 sierpnia 1949 r. w więzieniu mokotowskim.

Ślusarewicz Roman „Borsuk”, ur. w 1924 r. w Wilnie. Poległ w walce z KBW w miejscowości Surowe, pow. Ostrołęka, 27 czerwca 1947 r.

Wierbilewicz Tomasz „Bocian”, ur. 1923 r. w Wilnie. Poległ w walce z KBW w miejscowości Surowe, pow. Ostrołęka, 27 czerwca 1947 r.

NN Ludwik „Huragan” prawdopodobnie rocznik 1921, przybył z Wileńszczyzny. Brak informacji czy pojawił się na Kurpiowszczyźnie wraz z „Lasem”. Był dowódcą patrolu w oddziale por. „Leszka” Zrzeszenia WiN działającego na terenie placówki krypt. „Igliwie”. Poległ w walce z grupą operacyjną UB, MO i KBW w okolicach wsi Wykrot, pow. Ostrołęka, 14 stycznia 1947 r.

NN „Jur”, żołnierz NZW, zginął podczas obławy KBW 28 czerwca 1948 r. w okolicach wsi Bandysie, pow. Ostrołęka.

NN „Leszek” (Zamojski vel Porębski Józef vel Babicz), prawdopodobnie przybyły z Wileńszczyzny, od września 1945 r. w WiN pełniąc funkcje dowódcy obwodowego oddziału samoobrony. Po śmierci prezesa obwodu WiN Ostrołęka, kpt. Aleksandra Bednarczyka „Adama” w grudniu 1946 r., próbował odtworzyć struktury obwodu. Poległ w sierpniu 1948 r. wskutek prowokacji podczas operacji UB i KBW, którego oddział udawał partyzantów

 

Artykuł z pierwszego numeru kwartalnika „Wyklęci”, dostępny w sprzedaży: http://sklep.miles.iq.pl/produkt/kwartalnik-wykleci-2/

Ostatni chełmski Niezłomny. Tadeusz Hawryluk (1931-1959)

Jerzy Masłowski

Ostatni chełmski Niezłomny. Tadeusz Hawryluk (1931-1959)

5 marca 1959 r. w Leśniczówce pod Chełmem w nierównej walce z funkcjonariuszami komunistycznej bezpieki i milicji poległ Tadeusz Hawryluk – ostatni na terenie dawnego Inspektoratu Chełmskiego AK-WiN członek podziemia niepodległościowego.

Tadeusz Hawryluk urodził się 16 grudnia 1931 r. w Leśniczówce koło Chełma. Pochodził ze znanej i szanowanej w okolicy rodziny Hawryluków z Łukówka. Jego ojciec Stanisław w latach trzydziestych przeprowadził się do Leśniczówki, gdzie w centrum wsi wybudował nowy murowany dom i wzorowo uprawiał sześć hektarów ziemi. Zarówno Stanisław, jak i później jego starszy syn Mieczysław (urodzony w roku 1923), słynęli w okolicy z posiadania pięknych koni.

Hawrylukowie byli kuzynami Józefa Lewczuka, kolejarza z Chełma, którego syn Henryk „Młot” w latach 1945-1947 był jednym z organizatorów podziemia antykomunistycznego w powiecie chełmskim i dowódcą jedynego na tym obszarze oddziału zbrojnego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Henryk i Mieczysław Hawryluk byli w tym samym wieku i już przed 1939 r. połączyła ich przyjaźń oraz wspólne zainteresowania geograficzne i historyczne. Tadeusz, młodszy od nich o osiem lat, dorastał w cieniu starszego brata i kuzyna z Chełma, od dziecka marząc, że pójdzie ich drogą. Do roku 1939 ukończył dwie klasy szkoły powszechnej w Leśniczówce.

***

Od 1939 r. dom rodzinny Hawryluków był stałą bazą i schronieniem dla żołnierzy podziemia niepodległościowego. Zarówno ojciec Stanisław jak i brat Mieczysław już w grudniu 1939 r. zostali członkami konspiracji niepodległościowej – najpierw w szeregach lokalnych komórek Organizacji Zbrojnej i Organizacji Zbrojnej Obrońców Polski, a od 1942 r. do ujawnienia w marcu 1947 r. w strukturach Armii Krajowej i Zrzeszenia WiN.

Ojciec Stanisław był członkiem miejscowej konspiracji odpowiedzialnym za magazyn broni. Mieczysław pod pseudonimem „Syrena” brał udział w walce zbrojnej. Po rozproszeniu chełmskich oddziałów AK spieszących na pomoc powstańczej Warszawie w sierpniu 1944 r. został przymusowo wcielony do oddziałów Berlinga. Początkowo przebywał w jednostce we Włodawie, a następnie w 31 pułku piechoty w Białce pod Krasnymstawem. W nocy z 12 na 13 października 1944 r. wraz z prawie siedmiuset kolegami z pułku (głównie żołnierzami AK i NSZ) opuścił szeregi komunistycznego wojska i z bronią powrócił w rodzinne strony. Nawiązał kontakt z kolegami z AK i rozpoczął kolejny okres walki – tym razem z Sowietami i ich polskimi pomocnikami. Jesienią 1945 r. wstąpił do oddziału WiN por. Henryka Lewczuka „Młota” – swojego kuzyna i przyjaciela z walk w oddziałach AK. Pełnił funkcję dowódcy drużyny i szkolił nowych żołnierzy. Brał udział we wszystkich akcjach zbrojnych. Ujawnił się wraz z oddziałem w marcu 1947 r.

***

Bezpośrednio po ujawnieniu jako jeden z najbardziej zaufanych żołnierzy „Młota” został członkiem kadrowej organizacji niepodległościowej – Ruch Akcji Zbrojnej. Jej członkowie mieli pozostać nadal w konspiracji, zabezpieczyć i przechowywać broń, organizować bierny opór przeciwko Sowietom, a przede wszystkim w duchu niepodległościowym oddziaływać na młodzież. W obrębie zabudowań Hawryluków powstał doskonale zamaskowany magazyn broni, nigdy, mimo kilkakrotnych rewizji, nieodnaleziony przez UB. W 1950 r. „Syrena” został aresztowany w związku ze sprawą antykomunistycznej organizacji Polska Armia Podziemna. Przeszedł okrutne śledztwo w kazamatach UB w Chełmie i Lublinie, jednak nie podał nazwisk kolegów z konspiracji i nie przyznał się do uczestnictwa w działalności PAP. Mimo że nie udowodniono mu przynależności do tajnej organizacji, wyrokiem z marca 1951 r. skazany został na 2 lata i 6 miesięcy pozbawienia wolności ze słynnego komunistycznego paragrafu nazywanego niekiedy: „wiedział, nie powiedział”. Z więzienia został zwolniony warunkowo w sierpniu 1952 r. Chcąc uniknąć inwigilacji ze strony UB i obawiając się ponownego aresztowania opuścił Leśniczówkę i osiadł jako robotnik leśny w dalekim Mirosławcu.

***

W takiej rodzinie i głównie w cieniu starszego brata – żołnierza legendarnego „Młota”, kształtowały się postawy i poglądy młodego Tadeusza na obowiązki Polaka wobec zniewolonej Ojczyzny. Zazdrościł bratu udziału w konspiracji i walkach z komunistami i marzył, aby pójść tą samą drogą.

W latach czterdziestych Tadeusz najpierw uzupełniał przerwane przez wojnę wykształcenie na poziomie szkoły podstawowej, a następnie uczył się w Państwowym Gimnazjum Gospodarstwa Wiejskiego w Okszowie pod Chełmem. Mimo osiągania bardzo dobrych wyników w nauce, szczególnie z przedmiotów ścisłych i typowo rolniczych, nie mógł, jako brat aresztowanego przez komunistów „Syreny”, myśleć o studiach wyższych. Zresztą po osadzeniu „Syreny” w więzieniu musiał pomagać rodzicom w prowadzeniu dużego gospodarstwa rolnego. Na co dzień doświadczał „dobrodziejstw” ustroju komunistycznego w postaci ciągłej inwigilacji rodziny, częstych rewizji i prześladowań ze względu na posiadanie przez ojca większego gospodarstwa rolnego (około sześć hektarów). Nieraz słyszał, że jest bratem bandyty i synem kułaka.

Ciągle szukał możliwości walki ze znienawidzonym ustrojem komunistycznym. Po wyjściu z więzienia „Syreny” próbował namówić go do kontynuowania przerwanej aresztowaniami i surowymi wyrokami działalności w ramach Polskiej Armii Podziemnej i mimo nieprzychylnej opinii brata postanowił podjąć czynną działalność przeciwko komunie.

W połowie lat pięćdziesiątych nawiązał kontakt z kilkoma byłymi żołnierzami podziemia antykomunistycznego. Do swoich planów udało mu się pozyskać jednego z żołnierzy „Młota”, Stanisława Waludę „Strusia”, który w połowie lat pięćdziesiątych wyszedł z więzienia i w obawie przed ponownym aresztowaniem zaczął ukrywać się w okolicy Leśniczówki. Nawiązał też kontakt z Henrykiem Gołębiowskim „Tarzanem” – żołnierzem AK-WiN z miejscowej konspiracji. Wspólnie zaczęli zbierać i konserwować broń, a także gromadzić fundusze na dalszą walkę. W zabudowaniach „Strusia” w Leśniczówce zbudowali dobrze zamaskowany bunkier, gdzie przechowywali broń i zdobyte podczas akcji na spółdzielnie produkcyjne i okoliczne sklepy produkty i fundusze. Pisali też i rozsyłali listy ostrzegawcze do miejscowych aktywistów komunistycznych i zbyt gorliwych w karaniu rolników milicjantów. Zapewne to ich dziełem były rozrzucone w grudniu 1954 r. ulotki antykomunistyczne odnalezione w Bukowej i Petryłowie i dostarczone przez dwóch nadgorliwych mieszkańców tych miejscowości do UB w Chełmie.

W raporcie zastępcy komendanta powiatowego MO ds. Służby Bezpieczeństwa w Chełmie mjr. Władysława Wolińskiego z 15 października 1958 r. już imiennie tej trójce konspiratorów przypisano zdobycie 145 tys. złotych podczas akcji na kasjera huty szkła w miejscowości Ruda-Opalin, a także akcję na filię Gminnej Spółdzielni w Srebryszczu. Doszło wówczas do potyczki z funkcjonariuszami MO, w wyniku której konspiratorzy stracili zabrane pieniądze, karabin i rower. Jednak w uzasadnieniu wyroku z grudnia 1959 r. jako sprawców akcji na kasjera huty wymienia się obok Hawryluka i Waludy nie Gołębiewskiego (przypisano mu tylko „udzielenie informacji”), a Jana Grzywaczewskiego. Za udział w akcji na Srebryszcze skazano dodatkowo Aleksandra Mamcarza.

Przez kilka lat byli nieuchwytni, a chełmscy funkcjonariusze bezpieki mimo zaangażowania donosicieli i niemal codziennie wypuszczanych w teren nowych agentów nie mogli odnaleźć miejsca ukrywania się konspiratorów. Dopiero w lutym 1959 r., po kolejnej udanej akcji ekspropriacyjnej na państwowy sklep w Chełmie, esbekom udało się ustalić, gdzie mogą przebywać sprawcy. Nasłana na okolice Leśniczówki agentura wspomogła miejscowych donosicieli i w marcu 1959 r. wpadła na właściwy trop.

***

5 marca 1959 r. zabudowania „Strusia” otoczył kordon milicjantów i esbeków. „Struś” został aresztowany, a Tadeusz Hawryluk poległ podczas próby wejścia esbeków do odkrytego bunkra.

W ściśle tajnej „Informacji dotyczącej działalności byłych członków band o zabarwieniu AK-WiN-NSZ za pierwszy kwartał 1959 roku” z dnia 2 kwietnia 1959 r., skierowanej do naczelnika Wydziału III SB KW MO w Lublinie mjr Woliński napisał:

(…) W I kw. br. na terenie powiatu chełmskiego napadów nie zanotowano. Natomiast w mieście Chełmie w dniu 3.II. 1959 r. porą wieczorową został dokonany napad rabunkowy z bronią w ręku na sklep MHD w Chełmie, gdzie zrabowano 53 tys. złotych. Sprawcami napadu są Chawryluk [zgodnie z oryginałem – JM] Tadeusz, Waluda Stanisław, obaj zamieszkali Leśniczówka pow. Chełm. Sprawcy napadu w dniu 5.III.1959 r. zostali ujęci przez organa MO. W czasie akcji Chawrylik [– JM] Tadeusz dokonał samobójstwa z własnego pistoletu. Samobójstwa dokonał w bunkrze, który był zorganizowany w zabudowaniach Waludy Stanisława. Poza tym za współudział w napadzie oraz udzielanie pomocy ukrywającemu się Chawrylukowi zostało aresztowanych kilka osób, którzy przebywają obecnie w KW MO w Lublinie”.

Do dziś funkcjonują dwie wersje śmierci Tadeusza Hawryluka. Pierwsza mówi o tym, że został zastrzelony przez funkcjonariuszy SB, którzy wiedząc, że konspiratorzy posiadają broń, a nie znając ilu ich może być w bunkrze, przez dłuższy czas prowadzili w kierunku otwartych drzwi zmasowany ogień z broni maszynowej. O trwającej kilkanaście minut gwałtownej strzelaninie w zabudowaniach Waludy mówili ówcześni mieszkańcy kilkanaście dni po wydarzeniach przebywającemu w Leśniczówce bratu por. „Młota” – Zenonowi Lewczukowi. Widział on wówczas zniszczony bunkier.

Druga wersja, oficjalnie przyjęta przez esbeków, mówi o samobójczym strzale Tadeusza. Być może znając z opowieści brata Mieczysława i innych członków WiN i PAP jak wyglądają przesłuchania w UB, wolał zginąć, niż oddać się w ręce komunistów.

Rodzicom Tadeusza pozwolono zabrać ciało syna i pochować na cmentarzu w Rudzie Hucie. Ojciec przez zaufanych ludzi powiadomił przebywającego w Mirosławcu Mieczysława o śmierci Tadeusza i ten z dwuletnim synem Andrzejem przybył na pogrzeb. Andrzej zapytany przeze mnie, czy po latach pamięta pogrzeb stryja, bez wahania odpowiedział, że na całe życie zapamiętał tylko jeden epizod: wynoszenie trumny z pokoju przez okno. Obraz ten to jedyne wspomnienie jego pierwszego pobytu w domu dziadków Hawryluków w Leśniczówce. Liturgię pogrzebową sprawował ksiądz z Nowin. W pogrzebie, mimo obecności w okolicy wielu esbeków i milicjantów, uczestniczyła niemal cała okoliczna ludność. Przybyli też koledzy „Syreny” z Chełma i Lublina. Tadeusz został pochowany w niedalekiej odległości od grobu zamordowanego przez ubeków w lipcu 1945 r. por. Zygmunta Urbańskiego „Iskry”, jednego z liderów podziemia antyniemieckiego i antykomunistycznego w regionie. „Syrena” po powrocie do domu rodzinnego w Leśniczówce, aby zająć się rodzinnym gospodarstwem po śmierci ojca, postawił na grobie Tadeusza pomnik z charakterystycznym napisem: „Kochanemu bratu brat z rodziną”.

***

W 1963 r. zmarł ojciec Tadeusza, którego zdrowie zostało poważnie osłabione po aresztowaniu i uwięzieniu „Syreny”, a całkowicie rozchwiało się po śmierci młodszego syna Tadeusza. Szczególnie boleśnie rodzice Tadeusza i „Syreny” odczuwali rozsiewane przez esbeków, milicjantów, ormowców i ich donosicieli pogłoski przypisujące Tadeuszowi jedynie motywy rabunkowe i obwiniające go o niemal wszystkie napady rabunkowe w okolicy, których sprawców nie udało się wcześniej ustalić. Powtarzano nawet pogłoski o zabójstwie niewinnej ekspedientki. Usilnie starano się też zniesławić przebywającego w więzieniu Stanisława Waludę „Strusia”, przypisując mu prawie wszystkie napady rabunkowe w okolicy od września 1939 po marzec 1959 r. Jednak podczas trwającego prawie dziesięć miesięcy intensywnego śledztwa nie zdołano przypisać Hawrylukowi, Waludzie i ich kolegom ani jednego przypadku obrabowania osoby prywatnej. Wszystkie wymienione w uzasadnieniu wyroku akcje dotyczyły jednostek państwowych. Pominięto natomiast w oskarżeniu i wyroku całkowicie sferę ideową, koncentrując się jedynie na akcjach ekspropriacyjnych, gromadzeniu i przechowywani broni.

Na szczęście prawda o motywach działania Tadeusza, Niezłomnego Żołnierza Rzeczypospolitej, który z racji wieku „spóźnił” się do oddziałów podziemia antykomunistycznego, przetrwała w środowisku żołnierzy AK-WiN i mimo licznych nacisków ze strony władz komunistycznych była przez lata pieczołowicie strzeżona. Tadeusz Hawryluk był bez wątpienia ostatnim na terenie dawnego obwodu chełmskiego AK-WiN żołnierzem podziemia niepodległościowego, który oddał swe młode życie w walce zbrojnej z komunistami. Mimo że jego organizacja nie mała określonej nazwy, ani też do dziś nie wiadomo, czy poza „Strusiem”, „Tarzanem” i ośmioma ich współpracownikami, skazanymi na wysokie wyroki w grudniu 1959 r. (w stosunku do Waludy i Grzywaczewskiego zastosowano dożywocie, a tylko jeden wyrok był niższy niż 6 lat), ktoś jeszcze do niej formalnie należał, jej korzenie jednak głęboko tkwiły w konspiracji akowsko-winowskiej i bezpośrednio z niej wyrastały. O ich działalności wiedziało wielu sąsiadów i mieszkańców okolicznych wiosek, jednak długo ubecy nie mogli znaleźć właściwego donosiciela.

Miejscowa ludność nazwała tych kilku ostatnich Niezłomnych „Jaskiniowcami”. To określenie podchwyciła też komunistyczna propaganda, przez długie lata kreując ich jako zwykłych rabusiów. A oni marzyli o Niepodległej i chcieli walczyć z komunistami do zwycięstwa lub, jak bohater niniejszego tekstu, do ostatniego naboju.

Artykuł z drugiego numeru kwartalnika „Wyklęci”, dostępny w sprzedaży: http://sklep.miles.iq.pl/produkt/kwartalnik-wykleci-nr-2/

Wspomnienia Wandy Szendzielarz

Wanda Szendzielarz, 1mo voto Swolkień

Wspomnienia

Ten straszny rok zaczął się od ślubu Hani z por. 4go Pułku Ułanów Zaniemeńskich, Zygmuntem Szendzielarzem i hucznego wesela w dniu 28 stycznia 1939 roku.

Bogato, strojnie, elegancko przybył orszak weselny prosto z kościoła św. Ignacego, który był kościołem garnizonowym, do balowej sali Hotelu Georgea. Bratanicę do ołtarza prowadził Witalis, pana młodego – przyszła teściowa. W chwili, gdy zwolna1 schodzili ze stopni ołtarza szczęknęły szable krzyżujące się nad głowami nowożeńców i tak pod szablami, przez szpaler kolegów Zygmunta i tłumu ludzi oglądających ślub jak widowisko na scenie, szli w nowe życie moja Hania z Zygmuntem.

W sali Georgea zestawione w podkowę stoły, balowe stroje, barwny tłum gości, oficerowie 4go Pułku Ułanów, rodzina najbliższa, a liczna. Prześliczne drużki z drużbami, Iza Oskierczanka, Wanda Mirska z Kamienpola, Tesiutka Kontkowska, Hanka Obertyńska i Hanka Młodzianowska, rwące oczy urodą, wdziękiem, strojami. Toasty, życzenia, tańce do rana!

Mieszkanie czteropokojowe na Kalwaryjskiej, urządzone przytulnie, z kosztownymi meblami, dywanami, zasłonami, miało zapewnić młodym dostatnie i spokojne bytowanie. Nie żałowano grosza na weselisko, o którym długo mówiono w Wilnie, na piękną wyprawę dla pieszczonej córki Konstantego Swolkienia z Szajkun. Nie żył od roku piękny i mądry Ojciec Hani, zabrakło rozumnego opiekuna. Syn Edzio, szedł w ślady Ojca, głęboko czujący, inteligentny, dzielny, koleżeński, prawy, z dużym poczuciem humoru. Miał iść na studia od jesieni! Zapowiadało się życie bez problemów. Hanka już mężatka, Edzio na USB.

Mijały miesiące, Hania oczekiwała syna lub córeczki, lekko to znosiła, pełna optymizmu. Miała blisko na Kasztanową, gdzie mieszkała Matka i brat, wpadała często z mężem lub sama, roześmiana, lekko patrząca na wszystko dookoła, niezbyt przejęta wiadomościami od których trzęsło się miasto. Właśnie teraz, gdy życie zaczęło się układać: majątek z paroma tysiącami ha lasów, własny dom na ul. Tomasza Zana, na Zwierzyńcu, a przy tym razem zaledwie 40 lat i wielki kapitał zdrowia i urody!

Coraz natarczywiej, głośniej, mówiono o wojnie!

Aż nadszedł dzień w końcu sierpnia, gdy zaczęły się dziać rzeczy o których strach było myśleć. Z przytulnego mieszkanka na Kalwaryjskiej, z objęć szlochającej Hani, ruszył Zygmunt do pułku, a stamtąd na wojnę, która w parę dni później rozpętała się nad Polską. Zaczęło się bombardowanie Wilna, paniczne ucieczki do schronów, brak żywności, brak opału, pieniądze straciły wszelką wartość. Ale najgorsze były wiadomości z pola walk, Niemcy parli naprzód pomimo oporu i rozpaczliwej obrony. Dnia 17 września od wschodu nastąpiła druga napaść bez wypowiedzenia wojny, zwalił się Wschód na nasz kraj. Klęska była ostateczna, teraz czekały nas tylko nędza, tułaczka i więzienia! Przerażenie ogarnęło miasto. Ulicami przelatywały czołgi, setki ciężarówek obdartych i roztrzęsionych z sołdatami o kałmuckich twarzach, przemierzały miasto w różnych kierunkach z hałasem i zaduchem. Maszerowały oddziały żołnierzy cuchnących, obdartych, przy dźwiękach przeraźliwych piszczałek i melodii… Katiuszy? Poczęto wyłapywać wojskowych, po których ginął ślad. Zapełniały się więzienia na Łukiszkach i na Subocz.

Dnia 16 listopada Hania urodziła silną i zdrową córeczkę, bez komplikacji i tego dnia zjawił się Zygmunt o którego niepokoiliśmy się od dawna. Wrócił wymizerowany aż ze Lwowa, dokąd zawieziono go wraz z innymi wziętymi do niewoli przez Sowietów. Udało mu się uciec spod konwoju i trochę piechotą, trochę furmankami w przebraniu chłopskim, dotarł do Wilna, gdzie musiał ukrywać się przed ludźmi, jak ścigane zwierzę.

Rok 1940, pamiętny potworną zimą, spędziliśmy na ul. T. Zana. Hania sprzedała meble, ubranie, wyprawną pościel, by mieć pieniądze na utrzymanie. Na szczęście Edzio zaczął pracować w piekarni, co zapewniało chleb dla całej rodziny. Była to ciężka praca w upale i zaduchu. Lokatorzy moi płacili regularnie, więc nie było biedy.

Jednym z lokatorów był prof. Nowowiejski, wykładowca języków obcych na USB, miał żonę podobno z pochodzenia Niemkę, która po przyjściu wojsk niemieckich wyprawiała z nimi orgie. Jej 18 letni syn będący w AK dostał się w ręce niemieckie i do więzienia. Na skutek starań matki uwolniony, nie wrócił do domu, ale do oddziału.

W tym to 1940 r. od wiosny dochodzić zaczęły wiadomości o masowych wywożeniach ludności z terenów zagrabionych przez Sowiety. Zabierano z wiosek, folwarków, miasteczek i dworów, właścicieli i pracowników dworskich, wywozili urzędników, zamożniejszych włościan, dzierżawców, gajowych, osadników wojskowych, nauczycieli, księży i całe zakony. Ślad po nich ginął.

Ze smutkiem wielkim dowiedzieliśmy się o wywiezieniu Oskierków z Międzyrzecza, Fiedorowiczów z Krycewicz i innych, którzy mieli odwagę pozostania w domach. Wówczas jeszcze w miastach było spokojnie i można było przetrwać czas jakiś bez trwogi. Z Międzyrzecza ciężarowym samochodem wywieźli całą rodzinę Oldzia, który już od kilku miesięcy był uwięziony w Płocku. Frania z córkami i synem żegnała dwór i ludzi stojących wokoło ganku, a nieszczęsna ciocia Jadwinia, popędzana przez sołdata, stanęła w progu ganku, w głos płacząc, wznosząc z rozpaczą ręce do nieba, siwa, trzęsąca się, w pełni świadoma iż to jest jej wyjazd ostatni.

A wiosną 1941 r. znowu poczęto mówić o wywózce ludności z różnych okolic Wilna i o mającej nastąpić takiej samej akcji w naszym mieście. Wzmogły się aresztowania i coraz natarczywiej szerzyła się pogłoska o masowym wywożeniu większości mieszkańców. W niepokoju i trosce mijały wiosenne tygodnie. W moim mieszkaniu na Tomasza Zana zamieszkała Fela, pracująca w szpitalu na Antokolu, dokąd jako pielęgniarka co dzień o świcie śpieszyła. Oczekiwali ją chorzy, witając z radością, gdyż miała niewyczerpaną cierpliwość i słodycz dla biedaków potrzebujących opieki i dobroci.

Pierwsze dni czerwca upłynęły spokojnie, aż do l3go czerwca kiedy od świtu zaczęła się akcja wywożenia ludności na Sybir, do Kazachstanu, aż na Kamczatkę. Ciężarówki, równie obdarte jak i stojący w nich sołdaci uzbrojeni po zęby, zatrzymywały się przed kamienicami i domkami według spisu od dawna opracowanego, walono kolbami w drzwi i kazano natychmiast zabierać się z rzeczami i wychodzić całym rodzinom lub pojedynczym osobom. Pozwalano zabierać ze sobą osobiste rzeczy, nawet czasem doradzając co zabierać najpilniej. Przez całe trzy dni trwało to piekło. Wieziono ich do Nowo-Wilejki na stację kolejową, gdzie oczekiwały wagony towarowe, „ciepłuszki” z okratowanymi okienkami. Pełni rozpaczy i przerażenia ludzie zostawali w nich stłoczeni i w tych strasznych warunkach, nie „kibitkami”, wędrowali utartym szlakiem za Ural.

Oczekiwałam kiedy i do mojego mieszkania zaczną walić kolbami do drzwi.

Przyjechali! Ale nie po mnie tym razem, a po Felę. Przywieźli ją z pracy, kazali szybko pakować rzeczy i szybko wychodzić. Krótkie, bolesne pożegnanie i odjechała z ubogimi tobołkami na wygnanie. Zabrano tego dnia Maniutę z małym Witkiem, Bogusławlewiczów z ich dwoma chłopaczkami, Lusię Szalkiewiczową z jej 12 letnią Irusią, Kazika z Małgosią… Opustoszało miasto. Z kręgu znajomych poszło na wygnanie wielu, a mało kto z nich powrócił. Po trzech dniach nastąpiła przerwa w wywożeniu, zabrakło wagonów. Szykowano nowe składy pociągów na dalsze transporty. Przycichło, jakby wymarło nieszczęsne miasto, tylko melodia „katiuszy” rozlegała się na ulicach, w parkach i wszędzie wygwizdywana i śpiewana przez Żydów pewnych swoich „sojuszników” wobec groźby hitlerowskiej… W najbliższy poniedziałek wywozić mieli rodziny wojskowych i wielu według spisu. Na miejsce wywiezionych spodziewano się napływu ludzi z głębi Rosji. Lecz ten najbliższy poniedziałek minął spokojnie, a za to w niedzielę, podczas Mszy św. zaczęło się bombardowanie miasta i okolic. Owego pamiętnego dnia zmieniło się znowu nasze wojenne bytowanie.

Wracając jeszcze do czasów wcześniejszych… Zaczęły się kłopoty z Zygmuntem, który nie mógł się pokazywać ludziom w dzień, żeby go ktoś nie rozpoznał i nie wydał. Musiał się kryć i wychodzić ciemnymi wieczorami z domu, zawsze pod strachem że nie wróci.

Po pilnych poszukiwaniach znaleźliśmy zaciszny domek w lasku w Ożarelach na Kolonii Magistrackiej o jakieś osiem kilometrów od centrum Wilna. Młodzi przenieśli się tam, do małego, trzypokojowego domku, bez żadnych wygód, ani bieżącej wody. Za to powietrze bajeczne i świeże mleko dla dziecka, które rosło zdrowo. Przyjazd nastąpił w lipcu 1940 r. i przemieszkali tam całą zimę. Hania zaczęła pracować aż w Nowowilejce na stacji kolejowej jako kelnerka i tak to trwało do nadejścia Niemców, pamiętnego dnia 22czerwca, kiedy to w niedzielę rano zaczęto bombardować miasto i okolice.

(…)

Milanówek, 2 lutego 1984 r.

Wanda Szendzielarz – 1mo voto Swolkień, z domu Światopełk Mirska. Matka Anny (Hanny) Szendzielarz, żony mjr. „Łupaszki”. Zmarła 15 maja 1994 r., pochowana na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie.

Pełny tekst wspomnień Wandy Szendzielarz znajdziecie w pierwszym numerze kwartalnika „Wyklęci”, dostępny tutaj: http://sklep.miles.iq.pl/produkt/kwartalnik-wykleci-2/

1 W tekście zachowano pisownię oryginalną.

Szlakiem 5. Wileńskiej Brygady AK „Łupaszki” na Warmii i Mazurach

Zbigniew Kononowicz

Szlakiem 5. Wileńskiej Brygady AK „Łupaszki” na Warmii i Mazurach

5. Wileńska Brygada AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” walczyła w okupowanej przez Sowietów Polsce, między innymi na terenach Warmii i Mazur, również w samym Olsztynie w 1946 r. Na tym terenie działały dwa Szwadrony 5. Wileńskiej Brygady AK – 3. Szwadron ppor. Leona Smoleńskiego „Zeusa”, który operował na pograniczu Warmii, Mazur i Powiśla oraz 4. Szwadron ppor. Henryka Wieliczki „Lufy”, przy którym pozostawał mjr „Łupaszko”, działający w zachodniej części Mazur i na Warmii.

Z zachowanego Dziennika 4. Szwadronu ppor. „Lufy” można odtworzyć szlak bojowy tego oddziału z dnia na dzień, a także dowiedzieć się, jak wyglądało codzienne życie partyzanckie. Wraz z innymi dokumentami 5. Wileńskiej Brygady AK został odnaleziony przez UB na Podlasiu w 1949 r.

***

Działania niepodległościowe 5. Wileńskiej Brygady AK „Łupaszki” na terenie Warmii i Mazur zainteresowały mnie nie tylko z tego powodu, że od urodzenia jestem mieszkańcem Olsztyna, ale przede wszystkim z powodu historii rodzinnej.

Od ponad ośmiu lat po śmierci Ojca, który był żołnierzem 2. Wileńskiej Brygady AK „Kaziuka”, zainteresowałem się bardziej historią „Samoobrony Wileńskiej” i ppłk. Jerzym Dąmbrowskim „Łupaszką”. Mój dziadek Antoni Kononowicz urodzony w Małych Solecznikach na Wileńszczyźnie w 1891 r. od samego początku był ochotnikiem, zagończykiem u ppłk. Jerzego Dąmbrowskiego. Służył w Samoobronie Litwy i Białorusi (Samoobronie Wileńskiej), potem 13 Pułku Ułanów Wileńskich i 211 Ochotniczym Pułku Ułanów Nadniemeńskich. Brał udział w słynnym „rajdzie” z Białej Waki do Brześcia w styczniu 1919 r.

Razem z dziadkiem służyli bracia Józef i Stanisław Mackiewicz, ks. Walerian Meysztowicz, przyjaciel św. Jana Pawła II (jest wersja, że ks. Meysztowicz zmarł w szpitalu na kolanach Karola Wojtyły), Tomasz Zan (prawnuk Tomasza Zana Promienistego, przyjaciela Adama Mickiewicza), Jan Kalenkiewicz, ojciec Macieja, założyciela formacji Cichociemnych, Eustachy hr. Sapiecha, Jan hr. Tyszkiewicz. Był również z nimi jako harcerz Witold Pilecki.
Szukałem i szukam następnych. Ostatni, którego znalazłem, to jeden z głównych bohaterów książek „Piąty etap” i „Bogom nocy równi” Sergiusza Piaseckiego – „Antoni Kralewicz”, partyzant Jerzego Dąmbrowskiego. W rzeczywistości to Antoni Niewiarowicz, przyjaciel Piaseckiego. Sergiusz Piasecki również służył w polskiej Dywizji Litewsko-Białoruskiej.

Oddział, właściwie pospolite ruszenie, na samym początku liczył około pięciuset zagończyków, w tym dwustu na koniach. Dziadek służył w oddziale konnym, był furażowym całego pułku. Oddział przeszedł kilkusetkilometrową trasę w warunkach mroźnej zimy. Na trasie staczał potyczki z regularną Armią Czerwoną i jednostkami niemieckimi. Rajd zakończyli zdobyciem okupowanego przez Niemców Brześcia. Tam weszli faktycznie w skład polskiej armii. Ks. Meysztowicz opisał to jako połączenie ostatniego pospolitego ruszenia Wielkiego Księstwa Litewskiego z Koroną.

Cała ich ułańska przygoda zaczęła się na Sylwestra 1918 r. w Wilnie przy ul. Wroniej 5. Zaatakowali i zdobyli jaczejkę, czyli „Wronie Gniazdo” (siedlisko komunistów oczekujących bolszewików). Walczył tam harcerz Witold Pilecki, który wtedy pierwszy raz zapoznał się z granatem. Jaczejka została zdobyta i Wilno było dwa dni wolne, nadciągała jednak Armia Czerwona, a wojsko niemieckie wycofywało się. Niemcy zaproponowali, aby poddali się, a oni ich przewiozą do Łap, aby mogli połączyć się z wojskami polskimi. Około dwóch tysięcy ochotników i ponad stu oficerów „poddało się”. Ppłk Jerzy Dąmbrowski i jego brat Władysław nie zgodzili się na to. Wraz z około pięciuset ochotnikami wycofali się do Białej Waki i zaczęli słynny rajd do Brześcia.

We wrześniu 1939 r. ppłk Jerzy Dąmbrowski był dowódcą mjr. Henryka Dobrzańskiego „Hubala” w 110 Rezerwowym Pułku Ułanów. Został zamordowany przez Sowietów w Mińsku Litewskim, wcześniej przebywał w Starobielsku, prawdopodobnie pochowany został w Kuropatach koło Mińska. Ppłk. Jerzym Dąmbrowskim interesował się prof. Tomasz Strzembosz. Opublikował książkę „Saga o «Łupaszce» ppłk. Jerzym Dąmbrowskim”.

Dla mjr. Zygmunta Szendzielarza ppłk Jerzy Dąmbrowski był wzorem do naśladowania, stąd przybrany przez niego pseudonim „Łupaszko”. Wobec powyższego również zainteresowałem się mjr. Zygmuntem Szendzielarzem i jego 5. Wileńską Brygadą AK. Dzięki mojemu Ojcu poznałem wielu Żołnierzy Wyklętych. W latach 80-tych i 90-tych co roku jeździliśmy razem na rocznice Operacji Ostra Brama, na które przyjeżdżali żołnierze wileńskiej i nowogródzkiej AK.

***

Będąc projektantem urządzeń sanitarnych jeżdżę dużo samochodem po Warmii i Mazurach. Brałem ze sobą Ojca i zawsze wracając z „roboty” mówił mi, w którym miejscu mam wjechać w lasy Warmii i Mazur, aby poznać szlaki 5. Wileńskiej Brygady AK. Miejsca te znał z opowiadań kolegów oraz bardzo dużo czytał na ten temat. W ten sposób przejechałem z Ojcem dobrych parę setek kilometrów po duktach leśnych Warmii i Mazur.

Nie zawsze warunki pozwalały na jazdę po lasach. W 2015 r. lato było wyjątkowo gorące i była susza, wobec powyższego można było poruszać się samochodem dosyć bezpiecznie szlakiem 5.Wileńskiej Brygady AK. Mając cały Dziennik 4. Szwadronu „Lufy” postanowiłem wykorzystać sprzyjające warunki atmosferyczne i dojechać do jak największej ilości leśniczówek, w których ten oddział ukrywał się przed wojskami komunistycznymi.

***

Henryk Wieliczko urodził się 18 sierpnia 1922 r. w Wilnie. Działalność partyzancką rozpoczął we wrześniu 1943 r. w oddziale kpt. Wincentego Mroczkowskiego „Zapory”, pozostałego po rozbitym przez partyzantkę sowiecką oddziale AK por. Antoniego Burzyńskiego „Kmicica”. W szeregach 5. Wileńskiej Brygady AK walczył od początku jej istnienia, uczestniczył w najważniejszych bitwach: z Niemcami – 31 stycznia 1944 r. pod Worzianami oraz partyzantką sowiecką – 2 lutego 1944 r. pod Radziuszami. Po rozwiązaniu brygady 23 lipca 1944 r. pod Porzeczem przedzierał się do Puszczy Augustowskiej, gdzie mjr „Łupaszko” wyznaczył koncentrację. Schwytany przez Sowietów trafił do 6 batalionu zapasowego WP formującego się w Dojlidach koło Białegostoku. Tego samego dnia zdezerterował i dołączył do mjr. „Łupaszki”.

Wiosną 1945 r. objął stanowisko zastępcy dowódcy 4. Szwadronu w odtwarzanej na Białostocczyźnie 5. Wileńskiej Brygadzie AK. W trakcie służby w brygadzie otrzymał awans do stopnia wachmistrza oraz Krzyż Walecznych. Po drugim już rozwiązaniu brygady, we wrześniu 1945 r., kontynuował działalność niepodległościową w szeregach patroli dywersyjnych na Pomorzu. W końcu marca 1946 r. mjr „Łupaszko” powierzył mu zadanie przedarcia się przez teren Warmii i Mazur na Białostocczyznę, celem ściągnięcia na Pomorze zdemobilizowanych rok wcześniej żołnierzy 5. Brygady. Zebrawszy ochotników po raz drugi przemierzył samochodem teren Warmii i Mazur, docierając do miejsca formowania brygady w okolicach Sztumu. Po wykonaniu tej akcji niemal natychmiast „wyszedł w pole”. Najpierw dowodził pierwszym patrolem partyzanckim 5. Wileńskiej Brygady AK na Pomorzu, a następnie 4. Szwadronem. Jego akcje cechował dynamizm, umiejętność panowania nad rozwojem sytuacji oraz zdolność podejmowania błyskawicznych decyzji. Dowodzony przez niego pododdział był też zdecydowanie najruchliwszą jednostką wileńską na Pomorzu. Jako jedyny przemierzył kilkakrotnie Warmię i Mazury, znacząc swój szlak bojowy samymi sukcesami. Pododdział 5. Brygady jako jedyny dotrwał też do amnestii 1947 r., kiedy to uległ samorozwiązaniu. Po demobilizacji 4. Szwadronu ppor. Henryk Wieliczko „Lufa” pozostał w szeregach działającej na Podlasiu i Białostocczyźnie 6. Wileńskiej Brygady AK. Zadenuncjowany przez agenta UB, 26 czerwca 1948 r. został aresztowany na stacji kolejowej w Siedlcach i postrzelony w trakcie próby ucieczki. Mimo bardzo ciężkiego śledztwa w WUBP w Lublinie zachował niezwykle godną postawę. Skazany na karę śmierci przez WSR w Lublinie, został zamordowany 14 marca 1949 r. w więzieniu na Zamku.

***

Jedną z najważniejszych leśniczówek 5. Wileńskiej Brygady AK, już nie istniejącą, była leśniczówka w Omulewie. Jest ona wielokrotnie wspominana w Dzienniku przez „Lufę”. Na przykład dzień przed referendum w 1946 r. 4. Szwadron „Lufy” zakwaterował już po raz kolejny w leśniczówce Omulew i przebywał tam do 1 lipca. Mjr „Łupaszko” po wcześniejszych likwidacjach funkcjonariuszy UB postanowił przeczekać ten okres bez podejmowania jakichkolwiek działań. „Lufa” opisał to w Dzienniku pod datami 29 i 30 czerwca 1946 r.

Leśniczówka Omulew już nie istnieje, ale cała historia związana z jej losami wydaje się paradoksalna. Po tzw. okresie utrwalania władzy ludowej, w latach sześćdziesiątych, w tym miejscu wybudowano ośrodek rządowy dla prominentów komunistycznych. Obecnie wykorzystywany jest przez MON. Bardzo chętnie przyjeżdżał tu Jaruzelski. Tak więc miejsce, w którym w 1946 r. ukrywał się przed obławami „Łupaszko” i jego Szwadrony, kilkanaście lat później stało się miejscem wypoczynku władz komunistycznych.

1 listopada 2015 r. zajechałem w miejsce nieistniejącej już leśniczówki Omulew, aby zapalić znicz w ramach akcji „1 listopada – Zapal znicz Bohaterom”.

Z Dziennika „Lufy” wynika, że ciekawym terenem działań 4.Szwadronu były okolice miejscowości Tarda niedaleko Miłomłyna. Tutaj doszło prawdopodobnie do spotkania mjr. „Łupaszki” z wysłannikami 6. Wileńskiej Brygady WiN ppor. Lucjana Minkiewicza „Wiktora”. Zacząłem szukać miejsca tego spotkania. Poznałem pana Jana Kulpę, 93 letniego emerytowanego leśniczego, mieszkańca Tardy, żołnierza AK z Podkarpacia. Od 1946 r. pracował jako leśniczy w leśnictwie Tarda, nadleśnictwo Miłomłyn. Swoją terenową Toyotą pan Jan zawiózł mnie przez las pod sam bunkier. Był to prawdopodobnie bunkier wykonany przez żołnierzy 4. Szwadronu „Lufy” 5. Wileńskiej Brygady AK.

W latach pięćdziesiątych pan Jan jako leśniczy natknął się na ten opuszczony już bunkier podczas zbierania grzybów, zauważył wystającą z mchu rurkę, myślał na początku, że to grzyb, a potem okazało się, że była to bardzo dobrze zamelinowana rura wentylacyjna.

Prawdopodobnie w tym „bunkrze” doszło do spotkania „Łupaszki” z partyzantami „Wiktora”, ewentualnie w jakimś niezamieszkałym budynku w okolicy.

Przy okazji dowiedziałem się, że znajomym pana Jana Kulpy był gen. Antoni Heda „Szary”, który niedaleko w miejscowości Emilianowo (obecnie Zatoka) koło Miłomłyna ukrywał się przed UB już po akcji rozbicia więzienia w Kielcach. Mieszkał tutaj pod nazwiskiem Antoni Wiśniewski.

Niedaleko od Tardy i Emilianowa (obecnie Zatoka) w Nadleśnictwie Miłomłyn w styczniu i lutym 1946 r. pracowała Danuta Siedzikówna „Inka” pod fałszywym nazwiskiem Danuta Obuchowicz.

Parę kilometrów dalej doszło do ciekawego incydentu, którego opis możemy znaleźć w Dzienniku „Lufy”: „9 VI Zielone Święta spędzamy na plaży nad wielkim kanałem. Zatrzymujemy tam piękny statek, który jedzie z Ostródy pod Elbląg. Dowiadujemy się, że ma nim wracać Bierut. «Wściekamy się», że zatrzymaliśmy go teraz, a nie w powrotnej drodze”.

Latem 2015 r. zajechałem również do leśniczówki Jełguń (niedaleko Olsztyna).

30 października 1946 r. w tej leśniczówce zmarł ciężko ranny w walce z oddziałem MO Henryk Wojczyński „Mercedes”, żołnierz 4. Szwadronu „Lufy” 5. Wileńskiej Brygady AK. „Inka” nazywała go swoim narzeczonym, a mjr „Łupaszko” tytułował „przyjacielem”. Przed śmiercią „Inki” „Mercedes” służył w Szwadronie „Żelaznego”.

30 października 1946 r. „Lufa” zanotował w Dzienniku: „Odjazd samochodem pod Łajs. W Pasymie lekarza też nie ma. Na postoju w leśniczówce Gelgungen (Jełguń) umiera «Mercedes»”. Okoliczności śmiertelnej rany „Mercedesa” opisał następująco: „W dniu 28 października 1946 r. pomiędzy wsiami Rękownica a Piduń na trasie Jedwabno-Wielbark pow. Szczytno doszło do potyczki z reżimowym milicyjnym patrolem. W potyczce zginęło 3 milicjantów. Dowódca grupy chor. Jarzębowski upozorował poddanie. Gdy zbliżyli się do niego partyzanci rzucił ukryty w ręku granat, którego odłamki ciężko raniły «Mercedesa»”. Po tym incydencie milicjant Jarzębowski został zastrzelony przez „Lufę”. „Mercedes” zmarł w dniu 30 października w leśniczówce Jełguń bez pomocy lekarskiej.

Po dotarciu do nieistniejącej dziś leśniczówki Kieraj, leżącej w pobliżu Stawigudy, partyzanci zrobili poległemu koledze prowizoryczną trumnę i poprosili gospodarzy z leżącej w pobliżu wsi Wymój o dokonanie pochówku informując, że mają pochować Henryka Wojczyńskiego „Mercedesa”, partyzanta 5. Wileńskiej Brygady AK, po czym odjechali w stronę Borów Tucholskich. Gospodarze Warmiacy, ciężko doświadczeni przez nową władzę ludową i Sowietów, którzy popełnili podczas zajmowania tych terenów liczne gwałty i rabunki, w obawie przed kolejnymi szykanami ze strony UB następnego dnia zameldowali o posiadaniu trumny ze zwłokami na posterunku MO w Stawigudzie. Zostali natychmiast aresztowani i zamknięci razem z rozkładającymi się zwłokami w piwniczce leżącej obok posterunku. Po dwóch dniach UB z Olsztyna zabrało zwłoki „Mercedesa” do Olsztyna, a Warmiaków po jakimś czasie wypuszczono.

Po tygodniu 4. Szwadron w powrotnej drodze na Podlasie ponownie odwiedził wioskę Wymój. „Lufa” zanotował w swym Dzienniku, że cała rodzina została aresztowana. Zwłoki „Mercedesa” spoczywają najprawdopodobniej na tzw. francuskim cmentarzu w Olsztynie przy ul. Szarych Szeregów, gdzie ubowcy dokonywali skrytych pochówków zamordowanych więźniów.

Kolejne miejsce znajduje się w Olsztynie przy ul. Moniuszki 11. W mieszkaniu państwa Symonowiczów wielu żołnierzy 5. Wileńskiej Brygady AK znajdowało schronienie. Wiosną 1946 r. mieszkanie stało się partyzancką „meliną” utworzoną przez ppor. Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”. Bywali tutaj wachm. Jerzy Lejkowski „Szpagat”, wachm. Leon Smoliński „Zeus”, wachm. Wacław Beynar „Orszak” , ppor. Zdzisław Badocha „Żelazny” i ppor. Henryk Wieliczko „Lufa”. 6 lipca 1946 r. ubecy weszli do mieszkania Symonowiczów i zrobili kocioł. Grupą ubeków dowodził ówczesny szef olsztyńskiego UB Józef Światło. Jak wynika z ubeckich akt wachm. „Szpagat” i Halina Symonowicz zostali aresztowani 6 lipca 1946 r., a Bogumiła Symonowicz 7 lipca. Bogumiłę ubecy wyprowadzili w środku nocy, bo obawiali się , że podnosząc głos, krzycząc, zepsuje im kocioł. Szczęśliwie ostrzeżona została Danuta Siedzikówna „Inka” idąca na melinę przy ul. Moniuszki 11. „Inka” wyjechała wtedy z Olsztyna.

4. Szwadron „Lufy” krążył wokół Olsztyna, natomiast ppor. „Zagończyk” w odtworzonej 5. Wileńskiej Brygadzie AK objął dowództwo samodzielnego patrolu bojowo-dywersyjnego na okręg gdańsko-olsztyński. Od marca do czerwca 1946 r. patrol ten dokonał szeregu akcji, między innymi w Olsztynie, Gdańsku, Sopocie i Tczewie zdobywając broń oraz gotówkę, która przekazana została oddziałowi mjr. „Łupaszki” do dalszej walki z okupantem sowieckim.

Na ulicy Lelewela w Olsztynie, niedaleko katedry, była kolejna melina partyzancka 5. Wileńskiej Brygady AK. Na tej ulicy ukrywał się przed UB Józef Rusak, żołnierz mjr. „Łupaszki”. Przechował w swoim mieszkaniu Danutę Siedzikównę „Inkę”.

20 czerwca 2015 r. w Garnizonie w Lidzbarku Warmińskim odbyły się uroczystości związane z obchodami święta 9. Warmińskiego Pułku Rozpoznawczego, połączone z nadaniem jednostce imienia Patrona mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” oraz przejęciem dziedzictwa tradycji 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich. Podczas uroczystości miałem zaszczyt spotkać pana Józefa Rusaka.

Z relacji pana Józefa Rusaka: „Po jakimś czasie polecono mi, bym wyszedł na stację kolejową. Przyjedzie sanitariuszka, którą mam przechować przez kilka dni. To była «Inka». Przyprowadziłem ją do domu, którym był mały pokoik i kuchenka. Musieliśmy sobie jakoś w tych warunkach radzić. Była u mnie trzy dni. Spaliśmy na zmianę: jedno na jedynym tu łóżku, drugie na podłodze… Z tych dni zapamiętałem «Inkę» z codziennej modlitwy porannej i wieczornej, które odmawiała bardzo żarliwie. To był nie tylko pacierz. «Inka» znała na pamięć litanię do Matki Bożej. Któregoś dnia kazała mi uklęknąć obok siebie i razem modliliśmy się w swoich intencjach. Tyle lat minęło, a pamiętam to dobrze”.

***

Szlakiem 4. Szwadronu 5. Wileńskiej Brygady AK mjr. „Łupaszki” przejechałem dobrych kilkaset kilometrów, mając przy sobie Dziennik „Lufy”. Jeżdżąc po lasach, czasami błądząc, poznawałem wielu ludzi, którzy w większości pomagali mi swoimi informacjami, gdzie mam jechać, gdzie szukać i kogo pytać. Opowiadałem im, jaki jest mój cel podróży, wyjmowałem Dziennik „Lufy” i czytałem. Miejscowi mieszkańcy byli bardzo zaskoczeni, bo wielu dowiadywało się po raz pierwszy, że na ich terenach walczył z komunistami 4. Szwadron 5.Wileńskiej Brygady AK. Również w głębokich lasach podczas moich rajdów trafiałem na osoby zorientowane, nawet bardzo, które pomogły mi w orientacji i rozpoznaniu terenu.

Do wielu jeszcze miejsc, w których ukrywał się „Lufa” i mjr „Łupaszka”, które można zidentyfikować na podstawie Dziennika „Lufy” nie dotarłem, ale mam zamiar dotrzeć, przynajmniej na terenie Warmii.

 

 

Artykuł z numeru pierwszego kwartalnika „Wyklęci”, dostępny w sprzedaży tutaj: Kwartalnik „Wyklęci” nr 1

Czwarty numer kwartalnika „WYKLĘCI”

Głównym tematem czwartego numeru kwartalnika „WYKLĘCI” (październik-grudzień 2016 r.) są młodzieżowe organizacje konspiracyjne w latach 1944-1956, których działalność – nieco chyba obecnie zapomnianą – warto przywrócić naszej świadomości. Choć rzadko podejmowały one walkę zbrojną, ograniczając się często do akcji ulotkowych, malowania kotwicy na murach, samokształcenia i musztry wojskowej, to jednak odegrały istotną rolę w przekazywaniu i podtrzymywaniu etosu niepodległościowego.

Numer otwiera wywiad redaktora naczelnego Kajetana Rajskiego z Wojciechem Kolarskim, Podsekretarzem Stanu w Kancelarii Prezydenta RP. Informujemy także o ustanowieniu i zasadach przyznawania nagród im. sierż. Józefa Franczaka „Lalusia” oraz Michała Krupy „Wierzby”, które po raz pierwszy zostaną przyznane na początku roku 2017.

Część poświęconą tematowi numeru rozpoczyna artykuł Pawła Wąsa o antykomunistycznej konspiracji młodzieżowej okresu stalinowskiego. Ewa Rzeczkowska pisze o Harcerzach Wyklętych – organizacji „Stalowi Polacy” w latach 1944-1951, Andrzej Józefowicz-Chmielewski o gryfickich Pannach Wyklętych, które zachowały się jak trzeba, czyli o członkiniach Związku Młodych Polskich Patriotów, a Agnieszka Sławińska o trzech więźniarkach z łagru Bojanowo: Marii Bachniak, Danucie Uchnast i Natalii Wal. Tekst Krzysztofa Szwagrzyka poświęcony jest konspiracji młodzieżowej na Dolnym Śląsku. Wojciech Łukaszewski w swoim artykule podejmuje tematykę młodzieżowych organizacji powiatów przasnyskiego i ostrołęckiego w walce z komunizmem, a Kamil Janczarek – młodzieżowych organizacji konspiracyjnych w Płocku. Kolejny tekst Andrzeja Józefowicza-Chmielewskiego poświęcony jest harcerzom filaretom z Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego w Kwidzynie, czyli członkom Organizacji Młodzieży Demokratyczno-Katolickiej, a Pawła Wąsa – konspiracyjnym organizacjom młodzieżowym w Tomaszowie Mazowieckim w latach 1949-1954. Katarzyna Sabat w artykule Kwiat Wolności – Polska Armia Krajowa pisze o niepodległościowej organizacji młodzieżowej w powiecie tarnobrzeskim w latach 1953-1957. Piotr Kardela podejmuje temat rozpracowania przez UB i likwidacji Polskiej Organizacji Młodzieży Katolickiej w Nowym Mieście Lubawskim. Ta część zawiera także teksty: Mariusza Soleckiego Umarli zobowiązują żywych. Sprawa Bronka Kozaka, Krzysztofa Dziadziuszki Polska Organizacja Podziemna „Wolność” (1950-1951), Patrycji Ratyńskiej Młodzi krakowianie w walce o suwerenność kraju. Związek Walczącej Młodzieży Polskiej oraz Tomasza Greniucha Śmierć najeźdźcy komunistycznemu i wszystkim komunistom. Podziemny Orzeł Wolności. Zamyka ją artykuł Tadeusza Płużańskiego Mścił się za cierpienia, których nie doświadczył. Salomon Morel.

Część drugą pt. Myśmy rebelianci… otwiera tekst Sandry Błażejewskiej o niesłusznie zapomnianym bohaterze Henryku Cybulskim „Harrym”, będący kontynuacją artykułu opublikowanego w trzecim numerze „WYKLĘTYCH”. Bartłomiej Szyprowski pisze o II Inspektoracie Zamojskim Armii Krajowej 1948-1950 (kontynuacja z numeru trzeciego), a Piotr Tomasz o Krajowej Policji Bezpieczeństwa. Michał Górski w tekście Lepszy niż James Bond przypomina postać zapomnianego superbohatera z Remiszowic – Jana Morawca. Krzysztof Skłodowski i Magdalena Wołowska-Rusińska poświęcili swój artykuł wydarzeniu historycznemu roku – widowisku „Obława Augustowska. Lipiec 1945”. Znajdują się tu również pierwsza część wywiadu Weroniki Girys-Czagowiec z Tadeuszem Płużańskim oraz teksty: Bartosza Tomczaka Por. Tadeusz Gaertner „Kruk”, „Grot” – żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych, Arkadiusza Marka W partyzantce u „Szefa Czesia”… (kontynuacja z numeru trzeciego), Krzysztofa Żabierka Młody wiekiem o dojrzałym sercu bijącym dla Polski. Gabryel Fejcho „Bury”, „Ogień” (1927-1946). Tę część zamyka opowiadanie Roberta Radzika Granat, czyli epizod spod Śliwowa, oparte na wydarzeniach, do których doszło 30 kwietnia 1946 r. w powiecie Wysokie Mazowieckie.
Część trzecia numeru pt. Nie tylko w Polsce zawiera artykuł Istvána Pleyera Zapomniany węgierski ruch antykomunistyczny. Biała Gwardia (tłum. Jacek Ożóg).

W części czwartej Ze wspomnień rodzinnych znajduje się tekst Wandy Kaliny Nowackiej O moim ojcu Józefie Żółtowskim.

Piątą część Ku Waszej pamięci Żołnierze Wyklęci otwiera artykuł Jadwigi Jęcz poświęcony obecności Żołnierzy Wyklętych w poezji Zbigniewa Herberta. Tekst Anny Straszyńskiej i Piotra Szymanowskiego podejmuje temat ocalenia pamięci o katowni NKWD w kamienicy przy ul. Strzeleckiej 8 w Warszawie. Kazimierz Socha-Borzestowski pisze o uroczystościach upamiętniających działalność szwadronu ppor. Zdzisława Badochy „Żelaznego” na terenie Kaszub, a Rafał Tesmer o upamiętnieniu 70. rocznicy powstania oddziału Marcjana Sarnowskiego „Cichego”. Rozważania na temat etosu Żołnierzy Wyklętych podejmuje Arkadiusz Cimoch w artykule Czy ich walka miała sens?. Marcin Maślanka przedstawia działalność Grupy Rekonstrukcji Historycznej GRYF z Koszalina. Tę część zamyka wiersz Dariusza Janusza Strzelczyka MSZA POLSKA.
Piąta, ostatnia część numeru pt. Varia zawiera tekst Krystiana Kratiuka Niezłomny krzyżowiec z Brazylii. Plinio Correa de Oliveira, poświęcony brazylijskiemu działaczowi katolickiemu, pisarzowi i politykowi, autorowi publikacji zatytułowanej Wolność Kościoła w państwie komunistycznym.

Zapraszamy do lektury!